Po jakimś czasie do Alex przysiadła się ta dziewczyna, z którą siedziała wczesniej. Okazało się, że poszła na chwilę usiąść z bratem czy coś. Resztę drogi spałem, byłem naprawdę zmęczony, bo w końcu nie spałem całą noc, żeby oobejrzeć z Rafałem kilka filmów na jego iPadzie. Niedługo potem byliśmy na miejscu. Różowy Miś powiedział nam, żebyśmy wychodzili ostrożnie, bo drzwi wychodzą prosto na ulicę bla bla bla. Jak już wszyscy wyszli, skierowaliśmy się w stronę centrum. Szliśmy jakąś ulicą, potem zatrzymaliśmy się w jakimś parku. Jedna z naszych opiekunek powiedziała, żebyśmy wyciągnęli nasze przemowy. Nie ogarnąłem trochę, o co jej chodzi, więc spytałem jakiegoś kolesia, który stał obok mnie. Okazało się, że w autobusie ogłaszali nam, żebyśmy napisali przemowy na wybrany temat, które będziemy wygłaszać w Speaking Corner w Green Parku. Właśnie tam byliśmy, a ja oczywiście nie miałem nic i nie miałem pojęcia, o co chodzi. Byłem prawie pewny, że nie będę miał takiego pecha i jakoś się wymigam. Myliłem się.
- Dylan, tak? - usłyszałem swoje imię i zacząłem się rozglądać, kto to mówi. Okazało się, że to nasz kochany Misiu.
- Tak...
- Podejdź tu, na środek i przeczytaj, co nam napisałeś.
Byłem w ciemnej dupie.
- Nie mam, zostawiłem w autobusie przez przypadek.
Liczyłem na to, że przejdzie.
- No cóż, pech... Może innym razem. - Uff... - To może Kate?
Nie mogłem trochę ogarnąć, dlaczego tyle osób ma tu zagraniczne imiona... Chyba wszyscy, oprócz Rafała. Ja urodziłem się w USA, ale reszta...? Coś mi śmierdziało.
Wspomniana Kate nie wymyśliła żadnej wymówki i musiała iść i przeczytać. Nie wyglądała na zmartwioną, wręcz przeciwnie. Wszyscy ludzie obok których przechodziłem w poszukiwaniu Rafała, wymyślali wymówki, żeby nie musieć czytać. Jakbym to napisał, pewnie zrobiłbym to samo. To troszkę głupie, gdyby chociaż podali nam temat... Ale nie, wszystko musieliśmy wymyślać sami. No cóż, nieważne. Po chwili znalazłem Rafała. Spytał się mnie, o co chodzi z tym całym czymś, a ja musiałem mu tłumaczyć. Doszliśmy do wniosku, że gdy była o tym mowa, odsypialiśmy.
- Alex, masz przemowę?
Poczułem, że mam w gardle jakąś wielką gulę, gdy usłyszałem jej imię.
- Nie mam, zostawiłam w autobusie... - Spryciara, widziałem, jak wkładała tę kartkę do torby.
- Coś dużo osób zostawiło to w autobusie... No cóż, Rafał?
Szturchnąłem go lekko, bo nie odpowiadał dłuższą chwilę.
- Co jest? - Szepnął do mnie.
- Pytają czy masz...
- A, to.
- Nie mam, zostawiłem też. - Powiedział już nie do mnie, ale do niej.
Kilka osób odczytało swoje "dzieła", ale zdecydowana większość skłamała, że zostawili albo niedokończyli. Była piąta, więc w parku spędziliśmy jakąś godzinę. Teraz szliśmy jakąś ulicą do Hard Rock Cafe. Ciągle szedłem za Alex, nie miałem pojęcia jak się do niej odezwać czy coś... W reszcie wpadłem na genialny pomysł. Zakryłem jej oczy ręką, a ona się zatrzymała.
- Zgadnij, kto to...
- Dylan? - odpowiedziała pytaniem, usłyszałem taką jakby radość w jej głosie.
- Tak. - Odkryłem jej oczy i przyspieszyłem trochę, żeby iść obok niej. - Skąd wiedziałaś?
- No cóż... Tylko ciebie tu znam, strzelałam. - Uśmiechnęła się. Wiedziałem, że zależy mi na niej, chociaż znałem ją dzień i prawie w ogóle z nią nie rozmawiałem.
- Jak ci się tu podoba? Jest tak, jak przypuszczałaś?
- Tak, jest wspaniale... Dokładnie tak sobie to wszystko wyobrażałam. Ale trochę dużo chodzenia, nogi mnie bolą.
Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie wziąć jej na ręcę czy coś w tym stylu, ale to było chyba zbyt odważne, za wcześnie na takie rzeczy. Z resztą, i tak już mnie bolały nogi.
- Racja, mogłaby być jedna dłuższa przerwa.
- Była, w Green Parku. Mogliśmy w końcu usiąść tam i w ogóle...
- Ta, usiąść na ziemi.
- Zawsze coś. Ale w sumie racja, już lepsze chodzenie od siedzenia na takim gruncie.
W tym momencie wszyscy się zatrzymali, więc my też.
- Teraz macie 15 minut, żeby wejść do środka i pooglądać trochę, może coś kupić, porobić zdjęcia. Ale nic do jedzenia, tu jest naprawdę szalenie drogo.
Nie widziałem, kto to mówi, bo byliśmy na szarym końcu całej grupy, ale zorientowałem się, że to jedna z opiekunek.
- Wchodzisz? - spytała Alex.
- Nie wiem, a ty?
- Stać tu chyba nie będę...
Weszliśmy. Miałem nadzieję, że nie będzie miała za złe tego, że się do niej trochę przyczepiłem. Stwierdziłem, że trochę przystopuję. W środku było naprawdę pełno ludzi i nie byłem pewien, co robić.
- Patrz, jaka ładna bransoletka! - Zdziwiłem się trochę, jak w plątaninie angielskich słów usłyszałem polszczyznę. - Fajny ma kolor, ta, tu, różowa. - Mówił to jakiś plastik z naszego obozu, do drugiej, która nie wyglądała na pustą, bardziej na jakiegoś kujona...
- Kup, będziesz walczyć z rakiem.
- Co?
- Widzisz tą wstążkę? To znaczy, że kupując bransoletkę dajesz kasę na walkę z rakiem piersi.
- Ooooo... nie wiedziałam! Biorę ją i wszyscy będą widzieli, że pomagam ludziom!
Dalej nie chciałem tego słuchać, Alex chyba też, bo odeszła, ciągnąc mnie za rękaw. Wyszliśmy.
- Straszny tłok tam był... Tu jest lepiej. - Powiedziała Alex, gdy siadaliśmy przy stoliku przed restauracją, czekając na zbiórkę.
- Właśnie. Zrobiłaś to całe przemówienie?
- Tak, ale nie chciałam czytać. Jakoś tak głupio. - Miałem rację. - A ty? Czemu nie czytałeś?
- Chyba spaliśmy z Rafałem jak mówiła, żeby to napisać i dowiedzieliśmy się dopiero w tym parku.
-
_______________
Sorki, że znowu taki krótki, ale wyczerpałam temat... ;/ Kolejny rozdział za 5 komentarzy (:
I przepraszam że tak długo czekaliście ;c